prev
  • 06 Cze
    18:00
  • 06 Cze
    18:00
  • 10 Cze
    16:00
next

Pingpongowa biesiada w Londynie

Jedna wielka sportowa biesiada. Tak w wielkim skrócie można określić atmosferę panującą podczas Mistrzostw Świata w Ping Pongu, rozgrywanych w londyńskim Alexandra Palace. W tym wyjątkowym turnieju udział wzięli Polacy, m. in Przemek Sałaciński, z którym udało nam się porozmawiać już po powrocie do kraju.

„Przyjemne z pożytecznym, bo taki był wyjazd do Londynu. Już we wtorek pojawiliśmy się w stolicy Wielkiej Brytanii. W środę zorganizowano turniej ostatniej szansy zakwalifikowania się do głównych zawodów, a czwartek przeznaczony był na turniej Masters. W piątek trochę zwiedzania, by na spokojnie przygotować się do dalszych gier” wstępem opowiada Przemek Sałaciński.

W czwartek przed głównymi zawodami, pod Londynem odbywał się turniej Masters, w którym brali udział wszyscy ci, którzy w weekend startowali w Alexandra Palace. Zabrakło Chińczyków.

„Dzięki temu wiedziałem, jakie są moje szanse w turnieju głównym. Poznałem potencjalnych rywali i spokojnie mogłem ocenić ich poziom. W Masters startowało 35 osób, z których 25 później walczyło o główne nagrody.

Turniej Masters został rozegrany poza kamerami i tłumami kibiców na trybunach, więc traktowany był jako solidny trening. A jak wyglądało główne wydarzenie?

„Turniej nie był rozgrywany na największej sali w całym obiekcie. Wygląda to tak, że wchodzi się do jednego ze skrzydeł całego Alexandra Palace. Sam obiekt jest olbrzymi, a żeby lepiej sobie to wyobrazić, to warto dodać, że wokół budynku były aż trzy przystanki autobusowe.

Jeśli chodzi o miejsce, w którym graliśmy w pingponga, to najpierw był hol, przedsionek głównego obszaru gry, na którym rozstawione były stoły do rozgrzewki. Wokół znajdowały się miejsca, w których można było napić się kawy, herbaty i coś zjeść. Wchodząc na salę główną, znajdowaliśmy się od razu przed kortem głównym i stołem telewizyjnym. Dopiero w dalszej części sali znajdowały się pozostałe stoły”.

A wokół stołów trybuny, przeznaczone dla 1200 osób, które gorąco i w oryginalny sposób dopingowały swoich faworytów. Kibice aktywnie uczestniczyli w tym, co działo się na hali. Biegali po autografy, chcieli przybić piątkę i zamienić choć jedno słowo ze swoim ulubieńcem.

„Największe wrażenie sprawia tam możliwość bezpośredniego kontaktu kibiców z zawodnikami. Kończysz grę, a nagle podbiegają do Ciebie dzieci, żeby zdobyć podpis i zrobić sobie wspólne zdjęcie” - podkreślił Przemek Sałaciński.

Irlandczycy wyśpiewują swoje przyśpiewki, wymyślając na każdego zawodnika coś innego. Teksty piosenek dotyczą tego, jak ktoś gra, jak wygląda albo tego, w jaki sposób właśnie zdobył punkt. Po chwili słychać Niemców, a za moment Chińczyków. Następnie śpiewają Szkoci – ubrani w spódnice w kratę i seledynowe koszulki. Nie ma w tym żadnej agresji, jest bardzo pozytywnie.

Kultura brytyjska nadal różna od polskiej. Luźna atmosfera i zabawa sportem. Na trybunach można jeść i pić, wszystko.

„Przed grami na środek hali wychodzi konferansjer, mówiący kogo za chwilę zobaczymy przy stole, jakie ma osiągnięcia, który był w ubiegłym roku, kogo pokonał. To wszystko dodaje smaczku i sprawia, że turniej jest wyjątkowy i tak samo czują się zawodnicy – najważniejsi w całym wydarzeniu. Zanim zgłosiliśmy się do turnieju, musieliśmy załączyć informacje typu: swój aktualny i najlepszy ranking krajowy lub światowy, największe osiągnięcie, liga w której gramy itp. Dzięki temu organizatorzy byli przygotowani na turniej finałowy. Mieli wiele informacji na temat poszczególnych zawodników”

Sam turniej przebiegał bardzo sprawnie. Zdarzyło się, że osoby grające w eliminacjach i  które odpadły z turnieju, sędziowały pozostałe mecze. Przy każdym polu gry był numerator i telewizor, na którym widać zdjęcia obu zawodników. Jeden sędzia obsługiwał liczydło, a drugi zajmował się komputerem z telewizorem. Technika poszła do przodu i fajnie, że jest wykorzystywana w tenisie stołowym.

W momencie, kiedy brany jest double point, gasną światła i uwaga wszystkich skupiona jest tylko na tej jednej piłce. Dzięki temu potencjalny widz może na chwilę odejść od przygotowywania kolacji i zobaczyć akurat tę jedną akcję, która staje się niemal najważniejszą w całym pojedynku.

A czym jest double point? Każdy zawodnik raz w meczu ma możliwość zagrania o podwójną stawkę. Przed przekroczeniem 12 pkt, zawodnik może poprosić o białą piłeczkę, bo normalnie gra się pomarańczową, wtedy wygrana akcja dla zawodnika, który zażądał DP warta jest 2 pkt, natomiast dla przeciwnika, jeśli wygra, przyznawany jest normalnie 1 pkt.

Organizacja wydarzenia oceniana jest bardzo wysoko. Wszystko dopięte jest na ostatni guzik. Nie ma miejsca na pomyłki w scenariuszu, nie ma opóźnień, a jeśli takie widać na horyzoncie, to odpowiednio wcześniej i konkretnie zawodnicy są o tym poinformowani. Nie ma sytuacji, kiedy ani sportowcy, ani kibice nie wiedzą, co się dzieje. Przekazywane informacje są konkretne. I nie ma się co dziwić, bo organizatorzy mistrzostw świata zajmują się m.in. oprawą gal bokserskich.

Każdy zawodnik otrzymuje wejściówki dla czterech osób. Bilet na cały turniej to koszt około 40 funtów. W ten sposób budowana jest również pula nagród.

„Byłem zachwycony turniejem już rok temu. Jeśli tylko będę mógł, to i za rok chcę wystartować. Turniej w Alexandra Palace to fajny sposób na spędzenie wolnego czasu dla tych, którzy chcą zobaczyć Londyn, a do tego interesują się tenisem stołowym” - zachęca Przemek.

Chcąc jeszcze bardziej zachęcić do udziału, organizatorzy wprowadzili trochę zmian. W tym roku od gier półfinałowych można było skorzystać z krótkiej przerwy, popularnie nazywanej jako time-out. Wcześniej tego nie było. Jeśli chodzi o nowości, to... pojawili się Chińczycy. Jednocześnie znacząco podniósł się poziom gry wszystkich uczestników. Dowód? Gra niebieską deską cieszy się coraz większą popularnością wśród Europejczyków, ale również Azjatów.

„Chińczycy głośno mówią o tym, że chcieliby zorganizować mistrzostwa świata u siebie. W ubiegłym roku przyjechali i wyjątkowo interesowali się turniejem. Nagrywali spotkania i bardzo zależało im na tym, aby w końcu ktoś z ich reprezentantów zdobył tytuł mistrza świata. Natomiast ich grupa nie była liczna. To dosłownie kilka osób”.

W tym roku chiński team liczył już dwadzieścia osób. Dwanaście grających, czterech trenerów, dwóch reporterów z chińskiej telewizji i dwie dziewczyny, które zajmowały się tylko nagrywaniem meczów. Ekipa imponująca. Kiedy tylko jeden z zawodników zakończył swoją grę, udawał się do kawiarni na piętrze i wspólnie pozostałą częścią załogi omawiał pojedynek. Wyglądało to całkiem  profesjonalnie i na pewno Chińczycy pingpong traktują poważniej niż jeszcze rok temu.

„Bardzo chciałbym wziąć udział w tym turnieju za rok. Nie będzie to łatwe, jeśli impreza odbędzie się w Chinach, bo dla każdego wiąże się to z większymi kosztami. Jedno jest pewne, jestem bogatszy o doświadczenia i świetnie byłoby, gdyby idea pingponga rozwijała się również w Polsce. Odbijanie niebieską deską staje się zupełnie odrębną dyscypliną, a wszystko co nowe, podoba się ludziom” - podsumował Przemek Sałaciński.

Tytułu mistrza świata nie obronił Andrew Baggaley z Zooleszcza Gwiazdy Bydgoszcz. Złoto tym razem zdobył Chińczyk – Yan Weichao. Czy będzie to impulsem do zorganizowania czempionatu niebieskimi deskami za rok, właśnie w Chinach? Wiele na to wskazuje, a pokaże czas i zaangażowanie Azjatów.

Rozmawiała Natalia Bąk